sobota, 24 marca 2012

Krótko i na temat: Airbag - All Rights Removed

Parę zdań o drugiej płycie Norwegów z zespołu Airbag, zatytułowanej "All Rigthts Removed"
  1. Zespół dalej gra to, co grał do tej pory, czyli balladowy, bardzo melodyjny prog rock z dużą ilością solówek gitarowych.
  2. Z pierwszego zdania wynika też, że Airbag w dalszym ciągu silnie wzoruje się na Pink Floyd...
  3. ... i czyni to znakomicie.
  4. Gdyby zespół chciał zrobić sobie żart ze słuchaczy i napisał "Guitars - David Gilmour", to sam zainteresowany musiałby składać oficjalne dementi, że ostatnio niczego w Norwegii nie nagrywał, bo gitarzysta gra dokładnie jak "Głos i Gitara Pink Floyd"...
  5. ...nie kopiując bezczelnie nut, lecz idealnie wpisując się w styl gry Gilmoura.
  6. W okolicach środka 17-minutowego Homesick I-III pojawia się na dodatek partia klawiszy wypisz-wymaluj ś.p. Ricka Wrighta.
  7. Same utwory, a jest ich sześć, mogłyby być bardziej zróżnicowane, bo po kilku przesłuchaniach nie sposób odróżnić jednego od drugiego. Z drugiej strony dzięki temu płyty słucha się, jakby była jednym utworem...
  8. ...bardzo ładnym, wpadającym w ucho, bardzo melodyjnym, z patetycznymi solówkami gitarowymi.
  9. Homesick I-III, jako całość trochę się jednak chyba wybija ponad przeciętność, szczególnie partia gitary w 14. minucie :)

Bardzo solidna płyta. 8/10

czwartek, 2 lutego 2012

Krótko i na temat: Nightwish - Imaginaerum

Parę luźnych przemyśleń na temat ostatniego albumu zespołu Nightwish.



1. Dla osób, które uważają, że Nightwish to był przede wszystkim operowy głos Tarji Turunen: album jest beznadziejny, nie powinien zostać wydany pod szyldem Nightwish i w ogóle co ten Holopainen sobie wyobraża? 0/10 i do widzenia.
2. Dla wszystkich pozostałych: FAN-TAS-TY-CZNA PŁY-TA!!!
3. Nie pamiętam albumu, w którym od razu podobały mi się wszystkie utwory. Wszystkie. Od razu.
4. Zawiera melodie wbijające się w pamięć jak najsłynniejsze teksty pana Zimocha w ilości przekraczającej błędy hiszpańskich sędziów piłkarskich. 75 minut muzyki z jedną, maleńką skazą. 
5. Album niesamowicie różnorodny - prawie każda piosenka utrzymana jest w innym klimacie: Storytime przypominający Amaranth z Dark Passion Play, Slow, Love, Slow w klimacie filmów noir. I Want My Tears Back z celtyckimi naleciałościami. Orientalizujące Arabesque. Musicalowe Scaretale. Turn Loose the Mermaids mające elementy żeglarskiej ballady. Patetyczne Last Ride of the Day. Zagrane tylko przez orkiestrę Imaginaerum. I to wszystko na jednym albumie!
6. Fantastyczne melodie. Wszystkie gwiazdy pop mogą się schować, bo żadna popularna piosenka nie wpada w ucho tak jak co najmniej połowa utworów na Imaginaerum. A szczególne wyróżnienia należą się I Want My Tears Back (z naciskiem na solo, troszkę podobne do maidenowego Dance of Death), Turn Loose the Mermaids oraz Last Ride of the Day.
7. Wady? Jedna dość duża - Song of Myself. Przez 7 minut utwór rozwija się w kierunku piosenki roku, zostawiając wilsonowego Raidera II daleko za plecami, aż tu nagle przestają śpiewać i zaczynają gadać. I ględą już do końca, czyli przez kolejne 7 minut. Klimat jest, szczególnie, gdy w tle zaczyna grać gitara, ale to nie są te emocje, które zespół budował przez ponad 60 minut grania. Ta deklamowana część Song of Myself przypomina dreamtheaterowe Repentance.

Podsumowując - jedna z najlepszych płyt 2011 roku. Gdyby nie siedmiominutowa recytacja w Song of Myself byłaby dycha. A tak tylko 9,5/10

poniedziałek, 16 stycznia 2012

Krótko i na temat: A Dramatic Turn of Events. Dream Theater.

Parę zdań na temat wydanego w 2011 roku albumu Dream Theater, o wielce wymownym tytule A Dramatic Turn of Events.
  1. Pomimo znaczącej zmiany w składzie (brak perkusisty - założyciela i twarzy zespoły, Michela Portnoya) zespół gra to samo, co grał do tej pory. Żadnych rewolucji w brzmieniu nie ma. Są za to zmiany...
  2. ... choć rozpoczynający album, i promujący teledyskiem całe dzieło On the Backs of Angels mógłby znaleźć się na jednej z poprzednich płyt i pasowałby do nich idealnie. Mi ten utwór bardzo przypomina duet Constant Motion, A Rite of Passage, czyli utwory, które promowały dwa poprzednie albumy Dream Theater.
  3. Większość utworów brzmi tak, jakby były poskładane z klocków, czasami nie do końca do siebie pasujących  (dlaczego początek Lost Not Forgotten jest spokojny, a Breaking All Illusions zaczyna się berdzo energetycznie?). Mam wrażenie,m że można by pociąć Bridges in the Sky, Outcry, Lost Not Forgotten i Breaking All Illusions i losowo poskładać powstałe fragmenty, a wynik byłby równie dobrze słuchalny i równie spójny jak utwory zamieszczone na płycie.
  4. Płyta jest dość trudna w odbiorze. Według mnie powodem takiego stanu rzeczy jest straszne kombinowanie z melodiami. Co chwila pojawiają się jakieś dziwne przeszkadzajki, co pół minuty na główny plan wysuwa się inna melodia. Na początku człowiek słucha płyty w atmosferze strasznego chaosu. Szczyt zostaje osiągnięty w instrumentalnej części Outcry.
  5. Na 9 utworów trzy z nich to ballady. Poza tym jest jest jeszcze 12 minut Breaking All Illusions, które też można pod balladę podciągnąć.
  6. Na płycie dominują gitary Petrucciego i klawisze Rudessa. Do tej pory bardzo mocno akcentowane były też partie perkusyjne, ale, że perkusistę trzeba było najpierw znaleźć przed nagraniem tej płyty, więc można było jego partie troszkę przyciszyć. A szkoda.
  7. Narzekanie narzekaniem, ale nie jest to płyta zła. Jej problemem chyba jest to, że pomysłów chłopaki mięli na 200 minut muzyki, a zmieścili wszystko w 77 minutach.
  8. Brakuje utworu, który wgniatałby w glebę. Na Black Clouds & Silver Linings był The Count of Tuscany. Na Systematic Chaos był podzielony na dwie części In the Presence of Enemies. Tutaj do tej roli aspirują Outcry, Breaking All Illusions i Lost Not Forgotten, ale żaden z nich nie zapada w pamięć tak, jak wcześniej wspomniane utwory.
  9. Nie ma utworów wybitnych, ale nie ma też beznadziejnych. Wszystko jest na bardzo wysokim poziomie, ale żadna kompozycja nie wybija się powyżej tego poziomu.

Podsumowując, pomimo wad, nie jest to płyta zła. Jak się osłucha, to jest bardzo przyjemna. Jednak na początku trochę zawodzi, bo nie wpada w ucho za pierwszymi przesłuchaniami. 7/10

czwartek, 12 stycznia 2012

Krótko i na temat: Blackfield - Welcome to My DNA

Blackfield - Welcome to My DNA
Kilka słów na temat ostatniej (stan na połowę stycznia 2012 roku ;) ) płyty duetu Blackfield.


  1. Bez owijania w bawełnę: trzeci Blackfield w żadnym momencie nie wytrzymuje porównania z poprzednimi albumami kapeli. Jest słabszy i tyle.
  2. Jest to dobra płyta. Momentami nawet bardzo dobra.
  3. Jednak słabsza od poprzednich dwóch - raz jeszcze powtarzam.
  4. Brakuje tej płycie killera, jakimi dla dwóch poprzednich Blackfieldów były "Cloudy Now" i "The End of the World".
  5. Niektóre utwory sprawiają wrażenie niedokończonych. Szczególnie czuć to w otwierającym album "Glass House" - w momencie gdy słuchacz przygotowuje się na jakieś krótkie, fajne solo Stevena Wilsona, utwór się wycisza i zaczyna się "Go to Hell". Szkoda. Podobnie jest w przypadku kończącego płytę "DNA". Co ciekawe jeden utwór wcześniej jest "Zigota", która kończy się fajną gitarową wstawką. Coś takiego na zakończenie całej płyty dałoby lepszy efekt, niż nijaki "DNA". A przecież dokładnie ci sami ludzie nagrali "Cloudy Now"... Tym bardziej, że po ostatnim Go now and never come back aż prosi się o mocniejszy akcent.
  6. Jest tutaj utwór kapitalny, inny niż to, do czego Wilson/Geffen przyzwyczaili - "Blood". Prawie w całości instrumentalny (dopiero pod koniec utworu wchodzi mantrowany wers Here comes the blood). Wspaniały, trochę orientalizujący kawałek, z fajnym rytmem, fajną melodią.
  7. Jest grupa utworów, które zapadają w pamięć: "Waving", z fajnym przyspieszeniem w środku; "Oxygen" z przyjemnym refrenem i miłym motywem gitarowym; "Far Away" - śliczna miniaturka; "Zigota" za wspomnianą wcześniej końcówkę.
  8. Pozostałe utwory są przyjemne, ale giną w przeciętności i szybko się o nich zapomina.
  9. Niby 11 utworów, ale płyta trwa niecałe 40 minut. Trochę mało. Jedna dodatkowa piosenka i już by to lepiej wyglądało. Przecież "Memories in My Head" Riverside trwa tylko 7 minut mniej, a nikt nie próbuje nazwać jej pełnoprawnym albumem. Z resztą - EP Porcupine Tree "Nil Recurring" trwa 28 minut.
Szału nie ma, ale słucha się z przyjemnością. 6,5/10.

Bonus:
Teledysk do utworu Waving

sobota, 3 grudnia 2011

Steven Wilson solo, część druga.

Część pierwsza zaplanowana jest na bliżej nieokreśloną przyszłość, a opowiadać będzie o albumie "Insurgentes".

Steven Wilson to człowiek, który cały swój czas poświęca muzyce. A to nagra płytę, która zostanie wydana pod jednym z kilku szyldów, w których jest zamieszany (Porcupine Tree, Blackfield, No-man,... ), a to komuś płytę wyprodukuje (Opeth, Orphaned Land), a to ktoś go poprosi o wykorzystanie historycznych nagrań i stworzenie historii rocka na nowo (King Crimson, Caravan, Jethro Tull), albo po prostu właśnie koncertuje lub udziela wywiadu.
Wśród tej mnogości projektów, zespołów, pomysłów oraz aktywności Steven znalazł czas na nagranie muzyki, którą postanowił wydać pod własnym nazwiskiem. Album został zatytułowany "Grace for Drowning" i swoją premierę miał 26 września 2011 roku*.

środa, 15 września 2010

Piosenki o deszczu oraz łyk Finlandii

Będzie o dwóch płytach dwóch zespołów niemających ze sobą nic wspólnego. No może jeden wspólny mianownik można by znaleźć: są to płyty popowe.
Pierwsza to pierwszy anglojęzyczny album fińskiej kapeli Indica "A Way Away” a drugi to debiutancka płyta duetu Hurts “Happpiness”. Obie miały premierę całkiem niedawno i będą dobrą ilustracją faktu, że nie wszystko co ma przyklejoną etykietkę “pop” musi być do bólu proste i w zasadzie niesłuchalne.

środa, 25 sierpnia 2010

The Joy in my mind ( Muse na Coke Live Music Festival, Kraków, 21.08.2010 )

Po raz pierwszy od momentu, w którym zacząłem więcej czasu spędzać w Krakowie niż w innym miejscu na Ziemi na prawdę duża, rockowa gwiazda (Porcupine Tree było – fakt) zawitała do tego miasta dać koncert. 21 sierpnia, dla niektórych na zakończenie wakacji, pojawili się jako gwiazda piątej edycji Coke Live Music Festiwalu.

Nie będę ukrywał, że jedynym powodem, dla którego pojawiłem się na tej imprezie byli właśnie Muse, więc obecny byłem tylko drugiego dnia imprezy. Jednak ciekawy byłem pozostałych zespołów, których do tej pory nie miałem przyjemności posłuchać dłużej niż dwa – trzy razy na myspace.

Na początku wystąpił polski zespół Muchy. Nawet mi się podobało – nie znałem żadnego utworu, ale w wolnej chwili obiecuję, że poznam.

Na drugi ogień poszedł zespół The Big Pink. I ten występ akurat podobał mi się dość średnio. Strasznie monotonna wydała mi się ich muzyka, szczególnie bardzo jednostajne tło na gitarze. Zagrali ciężej, niż wydawało mi się, że zagrają. Ale Dominos wypadło fajnie – chwytliwy refren zdecydowanie pomógł, przynajmniej mi. A może spodobało mi się dlatego, że już tę piosenkę znałem? Nie ważne – Dominos są spoko :)

Następni w kolejce byli Panic! at the Disco. Wśród publiczności zgromadzonej na czyżyńskim lotnisku zapanowała niezrozumiała dla mnie euforia. Zdziwiło mnie, że mają tyle fanów w Polsce. Sama muzyka całkiem chwytliwa i skoczna – taki “grzeczny” pop-punk. Muszę jednak przyznać, że nie bardzo wyłapywałem różnice między kolejnymi utworami – trochę na jedno kopyto grają (ale nawet fajnie grają). Do czego musiałem się zacząć przyzwyczajać to dzikie piski fanek za uchem. Wokalista powiedział, że “best concert ever” oraz, że publiczność mu się też podobała (coraz bardziej wydaje mi się, że to kurtuazja ze strony wszystkich artystów… albo rzeczywiście Polacy pod sceną rządzą). Czasu mięli zarezerwowane dwie godziny, ale zeszli po godzinie. Pewnie nie mogli się doczekać Muse (przyznali się, że będą czekać razem z nami).

Potem nastąpiła godzina czekania na Gwiazdę Wieczoru. Rozpoczęły się pielgrzymki w kierunku sceny, gdzie miejsca nie było już od dłuższego czasu. Publiczność rozgrzewała gardła śpiewając m.in. “Chop Suey!” oraz greendayowe “Holiday”. Za pięć jedenasta wystąpił Mikołaj Ziółkowski z Alter Artu (organizator) dziękując wszystkim komu tylko mógł zapraszając jednocześnie na Gwiazdę Wieczoru.

Muse zaczęli o 23:10. Zaczęli od (dla mnie) zaskoczenia. New Born. Istne Szaleństwo zapanowało zarówno na scenie jak i wśród publiczności. Później Map of Problematique, które w wersji studyjnej  niespecjalnie mi podchodzi, ale na koncercie zabrzmiało rewelacyjnie. Później Uprising. Jeżeli ktoś nie znał tekstu refrenu, to mógł na bieżąco czytać i skandować. Utwór PO-TĘ-GA! Do wielkich koncertów wręcz stworzony (jak wiele utworów Muse). Później Supermassive Black Hole – panie zaraz za mną próbowały przekrzyczeć Matta podczas refrenu (a Matt podczas refrenu wydaje mało artykułowane dźwięki z gardła) – moje uszy nie rejestrowały poprawnie tych głosów :)

Po czterech utworach – killerach nastąpiło chwilowe zwolnienie – Guiding Light, który jest jedynym utworem, który bym z zestawu wyrzucił, bo jedna, zaiste genialna solówka nie ratuje tego w sumie dość słabego utworu. Zamiast tego wolałbym MK Ultra, albo Stockholm Syndrome, który się nie pojawił. Oprócz tego muszę się przyznać, że okrutnie nie wychodziło mi klaskanie podczas Guiding Light… Później instrumentalna miniaturka Nishe, której nie wyłapałem, że to jest osobny utwór, a w następnej kolejności United States of Eurasia, bez chopinowskiej partii na pianinie będącej zakończeniem tego utworu na albumie (Collateral Damage), ale to dobrze. Następnie ostatni spokojniejszy utwór – Undisclosed Desires (Matt z keytarem, Dominic z mniejszym zestawem bliżej publiczności). Akcja z latarkami w moim rejonie wyszła średnio – do fanów U2 trochę zbrakło.

Po kilku spokojniejszych chwilach nastąpiła wielka dla mnie niespodzianka, która zapoczątkowała paradę szlagierów, która trwała do samego końca. Tą niespodzianką był utwór Bliss. Magia. Następnie Resistance zagrane na dwugryfowej gitarze, a następnie istne szaleństwo (Time is Running Out), pisk, klaskanie i skakanie (Starlight) oraz opus magnum et perfectum całego koncertu – Plug In Baby. Wśród publiczności pojawiły się wielkie balony w kształcie gałek ocznych, ale niestety – wiatr trochę zwiewał je na prawą stronę i nie wszyscy mogli się nimi nacieszyć.

Na bis poszły dwa hiciory – Hysteria oraz Knights of Cydonia. Szczególnie ten drugi zabrzmiał epicko.

Następnie godzina stania w kolejce na żółty autobus na dworzec, kolejna godzina oczekiwania na nocny i pół godziny marszu.

Oczywiście można narzekać, że strasznie pompatyczne to wszystko, że krótko (półtorej godziny) i w ogóle nie zagrali Stockholm Syndrome. Ale po co, skoro bawiłem się świetnie?

Kto nie był niech żałuje.