sobota, 3 grudnia 2011

Steven Wilson solo, część druga.

Część pierwsza zaplanowana jest na bliżej nieokreśloną przyszłość, a opowiadać będzie o albumie "Insurgentes".

Steven Wilson to człowiek, który cały swój czas poświęca muzyce. A to nagra płytę, która zostanie wydana pod jednym z kilku szyldów, w których jest zamieszany (Porcupine Tree, Blackfield, No-man,... ), a to komuś płytę wyprodukuje (Opeth, Orphaned Land), a to ktoś go poprosi o wykorzystanie historycznych nagrań i stworzenie historii rocka na nowo (King Crimson, Caravan, Jethro Tull), albo po prostu właśnie koncertuje lub udziela wywiadu.
Wśród tej mnogości projektów, zespołów, pomysłów oraz aktywności Steven znalazł czas na nagranie muzyki, którą postanowił wydać pod własnym nazwiskiem. Album został zatytułowany "Grace for Drowning" i swoją premierę miał 26 września 2011 roku*.
 Na album składają się dwie płyty CD, zatytułowane od utworów na nich zamieszczonych "Deform to Form a Star" oraz "Like Dust I Have Cleared from My Eye". Podział, jak to ostatnio u Wilsona, jest zrobiony troszkę na siłę, bo w sumie muzyki jest 83 minuty, z których dałoby się bez żadnego bólu wyciąć jakieś 5, w taki sposób, aby wszystko zmieścić na jednym krążku. Z drugiej strony podział albumu na dwie części ma swoje zalety - czasami przedarcie się przez 80-minutowe kobyły od początku do końca jest męczące, a tak można bez obiekcji skończyć słuchanie w połowie drogi. Choć akurat w tym konkretnym przypadku całości można słuchać bez końca...
Wspomniałem na wstępie, że Wilson zajmował się remiksowaniem płyt King Crimson - nagrał nowe wersje (bardzo bliskie oryginalnych) wszystkich płyt Karmazynowego Króla, a także przygotował wersję przestrzenną każdej z nich. Ilość czasu spędzoną przez Stevena nad płytami King Crimson słychać bardzo dobrze na jego "solowym" dziele. Są fragmenty, szczególnie mocno wyartykułowane w "Remainder the Black Dog" i "Raider II", które można by z łatwością przypisać Robertowi Frippowi - pozorna kakofonia, ściana dźwięków gitar, połączona z instrumentami dętymi, które przy pierwszym przesłuchaniu mogą odrzucać, ale jednocześnie powodują, że do tej muzyki chce się wracać.

Generalnie utwory wypełniające "Grace for Drowning" można podzielić na dwie grupy: spokojne ballady, oraz mroczne jazzowo-karmazynowe ciężkie utwory. Takie "Postcard", "Deform to Form a Star" czy "Like Dust..." mogłyby z powodzeniem znaleźć się na płycie Blackfield i wcale nie odstawałyby melodyjnością i klimatem od pozostałych, a gdyby znalazły się na "Welcome to My DNA", byłyby tam najjaśniejszymi punktami.
Utwory karmazynowe, jak "Sectarian", "Reminder..." czy druga część "Track One" są nawet lepsze od ballad. Skomplikowane, pełne różnych niepokojących dźwięków i odgłosów - aż chce się tego słuchać.
Na osobne traktowanie zasługuje "Raider II". Chyba najlepszy długi utwór Wilsona od czasów "The Sky Moves Sideways". Bardzo spójny, z kapitalnymi motywami gitarowymi, ze świetną środkową, szaloną częścią. Kapitalnie zaśpiewany, momentami przypominający sposób śpiewania Rogera Watersa.

Największą zaletą całego albumu jest równy, bardzo wysoki poziom. Nie ma na tych płytach utworu, wciśniętego na siłę, który jest zdecydowanie słabszy od pozostałych. Właściwie każda płyta Wilsona ostatnio zawierała słabsze rzeczy, z "The Incident" na czele.

Dzieło nazwałem solowym w cudzysłowie, ponieważ SW zaprosił wielu znanych gości, m.in. Jordana Rudessa z Dream Theater, Theo Travisa, Tonny'ego Levina cy Pata Mastelotto (nazwiska znowu związane z King Crimson).

Jedna z najlepszych płyt progresywnych roku, nie zawierająca słabych utworów. Nie otrzymuje najwyższej noty tylko ze względu na wtórność w stosunku do twórczości King Crimson. Gdyby nie to, "Grace for Drowning" otrzymałaby najwyższe noty.

9.5/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz