środa, 15 września 2010
Piosenki o deszczu oraz łyk Finlandii
środa, 25 sierpnia 2010
The Joy in my mind ( Muse na Coke Live Music Festival, Kraków, 21.08.2010 )
Po raz pierwszy od momentu, w którym zacząłem więcej czasu spędzać w Krakowie niż w innym miejscu na Ziemi na prawdę duża, rockowa gwiazda (Porcupine Tree było – fakt) zawitała do tego miasta dać koncert. 21 sierpnia, dla niektórych na zakończenie wakacji, pojawili się jako gwiazda piątej edycji Coke Live Music Festiwalu.
Nie będę ukrywał, że jedynym powodem, dla którego pojawiłem się na tej imprezie byli właśnie Muse, więc obecny byłem tylko drugiego dnia imprezy. Jednak ciekawy byłem pozostałych zespołów, których do tej pory nie miałem przyjemności posłuchać dłużej niż dwa – trzy razy na myspace.
Na początku wystąpił polski zespół Muchy. Nawet mi się podobało – nie znałem żadnego utworu, ale w wolnej chwili obiecuję, że poznam.
Na drugi ogień poszedł zespół The Big Pink. I ten występ akurat podobał mi się dość średnio. Strasznie monotonna wydała mi się ich muzyka, szczególnie bardzo jednostajne tło na gitarze. Zagrali ciężej, niż wydawało mi się, że zagrają. Ale Dominos wypadło fajnie – chwytliwy refren zdecydowanie pomógł, przynajmniej mi. A może spodobało mi się dlatego, że już tę piosenkę znałem? Nie ważne – Dominos są spoko :)
Następni w kolejce byli Panic! at the Disco. Wśród publiczności zgromadzonej na czyżyńskim lotnisku zapanowała niezrozumiała dla mnie euforia. Zdziwiło mnie, że mają tyle fanów w Polsce. Sama muzyka całkiem chwytliwa i skoczna – taki “grzeczny” pop-punk. Muszę jednak przyznać, że nie bardzo wyłapywałem różnice między kolejnymi utworami – trochę na jedno kopyto grają (ale nawet fajnie grają). Do czego musiałem się zacząć przyzwyczajać to dzikie piski fanek za uchem. Wokalista powiedział, że “best concert ever” oraz, że publiczność mu się też podobała (coraz bardziej wydaje mi się, że to kurtuazja ze strony wszystkich artystów… albo rzeczywiście Polacy pod sceną rządzą). Czasu mięli zarezerwowane dwie godziny, ale zeszli po godzinie. Pewnie nie mogli się doczekać Muse (przyznali się, że będą czekać razem z nami).
Potem nastąpiła godzina czekania na Gwiazdę Wieczoru. Rozpoczęły się pielgrzymki w kierunku sceny, gdzie miejsca nie było już od dłuższego czasu. Publiczność rozgrzewała gardła śpiewając m.in. “Chop Suey!” oraz greendayowe “Holiday”. Za pięć jedenasta wystąpił Mikołaj Ziółkowski z Alter Artu (organizator) dziękując wszystkim komu tylko mógł zapraszając jednocześnie na Gwiazdę Wieczoru.
Muse zaczęli o 23:10. Zaczęli od (dla mnie) zaskoczenia. New Born. Istne Szaleństwo zapanowało zarówno na scenie jak i wśród publiczności. Później Map of Problematique, które w wersji studyjnej niespecjalnie mi podchodzi, ale na koncercie zabrzmiało rewelacyjnie. Później Uprising. Jeżeli ktoś nie znał tekstu refrenu, to mógł na bieżąco czytać i skandować. Utwór PO-TĘ-GA! Do wielkich koncertów wręcz stworzony (jak wiele utworów Muse). Później Supermassive Black Hole – panie zaraz za mną próbowały przekrzyczeć Matta podczas refrenu (a Matt podczas refrenu wydaje mało artykułowane dźwięki z gardła) – moje uszy nie rejestrowały poprawnie tych głosów :)
Po czterech utworach – killerach nastąpiło chwilowe zwolnienie – Guiding Light, który jest jedynym utworem, który bym z zestawu wyrzucił, bo jedna, zaiste genialna solówka nie ratuje tego w sumie dość słabego utworu. Zamiast tego wolałbym MK Ultra, albo Stockholm Syndrome, który się nie pojawił. Oprócz tego muszę się przyznać, że okrutnie nie wychodziło mi klaskanie podczas Guiding Light… Później instrumentalna miniaturka Nishe, której nie wyłapałem, że to jest osobny utwór, a w następnej kolejności United States of Eurasia, bez chopinowskiej partii na pianinie będącej zakończeniem tego utworu na albumie (Collateral Damage), ale to dobrze. Następnie ostatni spokojniejszy utwór – Undisclosed Desires (Matt z keytarem, Dominic z mniejszym zestawem bliżej publiczności). Akcja z latarkami w moim rejonie wyszła średnio – do fanów U2 trochę zbrakło.
Po kilku spokojniejszych chwilach nastąpiła wielka dla mnie niespodzianka, która zapoczątkowała paradę szlagierów, która trwała do samego końca. Tą niespodzianką był utwór Bliss. Magia. Następnie Resistance zagrane na dwugryfowej gitarze, a następnie istne szaleństwo (Time is Running Out), pisk, klaskanie i skakanie (Starlight) oraz opus magnum et perfectum całego koncertu – Plug In Baby. Wśród publiczności pojawiły się wielkie balony w kształcie gałek ocznych, ale niestety – wiatr trochę zwiewał je na prawą stronę i nie wszyscy mogli się nimi nacieszyć.
Na bis poszły dwa hiciory – Hysteria oraz Knights of Cydonia. Szczególnie ten drugi zabrzmiał epicko.
Następnie godzina stania w kolejce na żółty autobus na dworzec, kolejna godzina oczekiwania na nocny i pół godziny marszu.
Oczywiście można narzekać, że strasznie pompatyczne to wszystko, że krótko (półtorej godziny) i w ogóle nie zagrali Stockholm Syndrome. Ale po co, skoro bawiłem się świetnie?
Kto nie był niech żałuje.