środa, 15 września 2010

Piosenki o deszczu oraz łyk Finlandii

Będzie o dwóch płytach dwóch zespołów niemających ze sobą nic wspólnego. No może jeden wspólny mianownik można by znaleźć: są to płyty popowe.
Pierwsza to pierwszy anglojęzyczny album fińskiej kapeli Indica "A Way Away” a drugi to debiutancka płyta duetu Hurts “Happpiness”. Obie miały premierę całkiem niedawno i będą dobrą ilustracją faktu, że nie wszystko co ma przyklejoną etykietkę “pop” musi być do bólu proste i w zasadzie niesłuchalne.

Panie przodem.
Pięć dziewczyn grają muzykę rockową, ale gitary w zasadzie giną w tle skrzypiec i trochę najtłiszowych klawiszy. Melodia za to bardzo ładna, wpadająca w ucho i siedząca w głowie przez następne trzy dni.
Nie cały album jest taki – oczywiście zdarzają się słabsze utwory (szczególnie nie potrafię przekonać się do niektórych ckliwych ballad), ale poniżej pewnego dość wysokiego poziomu dziewczyny nie schodzą. A umiejętność pisania chwytliwych piosenek warta jest ponownego odnotowania. Po drodze można usłyszeć dwie czy trzy fajne, acz niezbyt długie gitarowe solówki. Ogólnie płyta godna polecenia, jednak nie jako kandydat do płyty roku, ale fajna odskocznia od innych muzycznych zainteresowań.
Teraz kolej na panów.
Nazywają się Hurts, jest ich dwóch i grają synthpop. Najbardziej słychać w ich muzyce echa Depeche Mode. Zapewne takich zespołów jest więcej, ale to akurat Hurts mięli szczęście, że ich albumu posłuchałem i się nie zawiodłem, bo podobnie jak Finki, Brytyjczycy potrafią napisać naprawdę chwytliwe piosenki. Ich muzyka jest melancholijna, smutna, ale nie patetyczna. Idealna na poranne podróże do pracy/szkoły/uczelni.
Podobno Hurts można w radio usłyszeć. Indica chyba w popularnych rozgłośniach nie gości, choć Teraz Rock bardzo dziewczyny promuje (bo warto). A oba zespoły grają muzykę popularną. Obawiam się jednak, że ta popularność skończy się na nazwie i o ile chłopaki mają jakieś szanse na szczyty list przebojów, o tyle Indica raczej nie ma na co liczyć. Trochę to podobne do przypadku Blackfieldu. Skoro w kapeli gra Steven Wilson grający muzykę progresywną oraz jakiś Żyd, to nie może być nic ciekawego. Akurat Blackfield w Polsce jakieś uznanie zdobył, bo po roku od premiery “Blackfield II” utwór “The End of the World” znalazł się na szczycie Listy Przebojów radiowej Trójki. Obawiam się jednak, że promocja kolejnych dyskotekowych hiciorów może być ważniejsza i te zespoły tłumów nie porwą. A mają ku temu możliwości.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz