poniedziałek, 16 stycznia 2012

Krótko i na temat: A Dramatic Turn of Events. Dream Theater.

Parę zdań na temat wydanego w 2011 roku albumu Dream Theater, o wielce wymownym tytule A Dramatic Turn of Events.
  1. Pomimo znaczącej zmiany w składzie (brak perkusisty - założyciela i twarzy zespoły, Michela Portnoya) zespół gra to samo, co grał do tej pory. Żadnych rewolucji w brzmieniu nie ma. Są za to zmiany...
  2. ... choć rozpoczynający album, i promujący teledyskiem całe dzieło On the Backs of Angels mógłby znaleźć się na jednej z poprzednich płyt i pasowałby do nich idealnie. Mi ten utwór bardzo przypomina duet Constant Motion, A Rite of Passage, czyli utwory, które promowały dwa poprzednie albumy Dream Theater.
  3. Większość utworów brzmi tak, jakby były poskładane z klocków, czasami nie do końca do siebie pasujących  (dlaczego początek Lost Not Forgotten jest spokojny, a Breaking All Illusions zaczyna się berdzo energetycznie?). Mam wrażenie,m że można by pociąć Bridges in the Sky, Outcry, Lost Not Forgotten i Breaking All Illusions i losowo poskładać powstałe fragmenty, a wynik byłby równie dobrze słuchalny i równie spójny jak utwory zamieszczone na płycie.
  4. Płyta jest dość trudna w odbiorze. Według mnie powodem takiego stanu rzeczy jest straszne kombinowanie z melodiami. Co chwila pojawiają się jakieś dziwne przeszkadzajki, co pół minuty na główny plan wysuwa się inna melodia. Na początku człowiek słucha płyty w atmosferze strasznego chaosu. Szczyt zostaje osiągnięty w instrumentalnej części Outcry.
  5. Na 9 utworów trzy z nich to ballady. Poza tym jest jest jeszcze 12 minut Breaking All Illusions, które też można pod balladę podciągnąć.
  6. Na płycie dominują gitary Petrucciego i klawisze Rudessa. Do tej pory bardzo mocno akcentowane były też partie perkusyjne, ale, że perkusistę trzeba było najpierw znaleźć przed nagraniem tej płyty, więc można było jego partie troszkę przyciszyć. A szkoda.
  7. Narzekanie narzekaniem, ale nie jest to płyta zła. Jej problemem chyba jest to, że pomysłów chłopaki mięli na 200 minut muzyki, a zmieścili wszystko w 77 minutach.
  8. Brakuje utworu, który wgniatałby w glebę. Na Black Clouds & Silver Linings był The Count of Tuscany. Na Systematic Chaos był podzielony na dwie części In the Presence of Enemies. Tutaj do tej roli aspirują Outcry, Breaking All Illusions i Lost Not Forgotten, ale żaden z nich nie zapada w pamięć tak, jak wcześniej wspomniane utwory.
  9. Nie ma utworów wybitnych, ale nie ma też beznadziejnych. Wszystko jest na bardzo wysokim poziomie, ale żadna kompozycja nie wybija się powyżej tego poziomu.

Podsumowując, pomimo wad, nie jest to płyta zła. Jak się osłucha, to jest bardzo przyjemna. Jednak na początku trochę zawodzi, bo nie wpada w ucho za pierwszymi przesłuchaniami. 7/10

czwartek, 12 stycznia 2012

Krótko i na temat: Blackfield - Welcome to My DNA

Blackfield - Welcome to My DNA
Kilka słów na temat ostatniej (stan na połowę stycznia 2012 roku ;) ) płyty duetu Blackfield.


  1. Bez owijania w bawełnę: trzeci Blackfield w żadnym momencie nie wytrzymuje porównania z poprzednimi albumami kapeli. Jest słabszy i tyle.
  2. Jest to dobra płyta. Momentami nawet bardzo dobra.
  3. Jednak słabsza od poprzednich dwóch - raz jeszcze powtarzam.
  4. Brakuje tej płycie killera, jakimi dla dwóch poprzednich Blackfieldów były "Cloudy Now" i "The End of the World".
  5. Niektóre utwory sprawiają wrażenie niedokończonych. Szczególnie czuć to w otwierającym album "Glass House" - w momencie gdy słuchacz przygotowuje się na jakieś krótkie, fajne solo Stevena Wilsona, utwór się wycisza i zaczyna się "Go to Hell". Szkoda. Podobnie jest w przypadku kończącego płytę "DNA". Co ciekawe jeden utwór wcześniej jest "Zigota", która kończy się fajną gitarową wstawką. Coś takiego na zakończenie całej płyty dałoby lepszy efekt, niż nijaki "DNA". A przecież dokładnie ci sami ludzie nagrali "Cloudy Now"... Tym bardziej, że po ostatnim Go now and never come back aż prosi się o mocniejszy akcent.
  6. Jest tutaj utwór kapitalny, inny niż to, do czego Wilson/Geffen przyzwyczaili - "Blood". Prawie w całości instrumentalny (dopiero pod koniec utworu wchodzi mantrowany wers Here comes the blood). Wspaniały, trochę orientalizujący kawałek, z fajnym rytmem, fajną melodią.
  7. Jest grupa utworów, które zapadają w pamięć: "Waving", z fajnym przyspieszeniem w środku; "Oxygen" z przyjemnym refrenem i miłym motywem gitarowym; "Far Away" - śliczna miniaturka; "Zigota" za wspomnianą wcześniej końcówkę.
  8. Pozostałe utwory są przyjemne, ale giną w przeciętności i szybko się o nich zapomina.
  9. Niby 11 utworów, ale płyta trwa niecałe 40 minut. Trochę mało. Jedna dodatkowa piosenka i już by to lepiej wyglądało. Przecież "Memories in My Head" Riverside trwa tylko 7 minut mniej, a nikt nie próbuje nazwać jej pełnoprawnym albumem. Z resztą - EP Porcupine Tree "Nil Recurring" trwa 28 minut.
Szału nie ma, ale słucha się z przyjemnością. 6,5/10.

Bonus:
Teledysk do utworu Waving