czwartek, 12 stycznia 2012

Krótko i na temat: Blackfield - Welcome to My DNA

Blackfield - Welcome to My DNA
Kilka słów na temat ostatniej (stan na połowę stycznia 2012 roku ;) ) płyty duetu Blackfield.


  1. Bez owijania w bawełnę: trzeci Blackfield w żadnym momencie nie wytrzymuje porównania z poprzednimi albumami kapeli. Jest słabszy i tyle.
  2. Jest to dobra płyta. Momentami nawet bardzo dobra.
  3. Jednak słabsza od poprzednich dwóch - raz jeszcze powtarzam.
  4. Brakuje tej płycie killera, jakimi dla dwóch poprzednich Blackfieldów były "Cloudy Now" i "The End of the World".
  5. Niektóre utwory sprawiają wrażenie niedokończonych. Szczególnie czuć to w otwierającym album "Glass House" - w momencie gdy słuchacz przygotowuje się na jakieś krótkie, fajne solo Stevena Wilsona, utwór się wycisza i zaczyna się "Go to Hell". Szkoda. Podobnie jest w przypadku kończącego płytę "DNA". Co ciekawe jeden utwór wcześniej jest "Zigota", która kończy się fajną gitarową wstawką. Coś takiego na zakończenie całej płyty dałoby lepszy efekt, niż nijaki "DNA". A przecież dokładnie ci sami ludzie nagrali "Cloudy Now"... Tym bardziej, że po ostatnim Go now and never come back aż prosi się o mocniejszy akcent.
  6. Jest tutaj utwór kapitalny, inny niż to, do czego Wilson/Geffen przyzwyczaili - "Blood". Prawie w całości instrumentalny (dopiero pod koniec utworu wchodzi mantrowany wers Here comes the blood). Wspaniały, trochę orientalizujący kawałek, z fajnym rytmem, fajną melodią.
  7. Jest grupa utworów, które zapadają w pamięć: "Waving", z fajnym przyspieszeniem w środku; "Oxygen" z przyjemnym refrenem i miłym motywem gitarowym; "Far Away" - śliczna miniaturka; "Zigota" za wspomnianą wcześniej końcówkę.
  8. Pozostałe utwory są przyjemne, ale giną w przeciętności i szybko się o nich zapomina.
  9. Niby 11 utworów, ale płyta trwa niecałe 40 minut. Trochę mało. Jedna dodatkowa piosenka i już by to lepiej wyglądało. Przecież "Memories in My Head" Riverside trwa tylko 7 minut mniej, a nikt nie próbuje nazwać jej pełnoprawnym albumem. Z resztą - EP Porcupine Tree "Nil Recurring" trwa 28 minut.
Szału nie ma, ale słucha się z przyjemnością. 6,5/10.

Bonus:
Teledysk do utworu Waving

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz