czwartek, 5 listopada 2009

Wrocławski Incydent

Krótka relacja z występu grupy Porcupine Tree we wrocławskiej hali "Orbita" 28 października 2009.

Tym razem bez (zbędnego) czekania Bóg wie ile w kolejce na otwarcie bram. 18:55 byłem pod halą - ok - 150 metrów od hali, ale już po jakiś 10-15 minutach w środku. Kurtka do szatni, toaleta i można uderzać pod scenę w koszulce Iron Maiden (sic!). Miejsce w około 10 rzędzie delikatnie po lewej stronie od środka sceny, więc wydawało się całkiem nieźle. Niestety, środek sceny miałem zasłonięty przez człowieka zdecydowanie wyróżniającego się wzrostem z tłumu, ale dało się przeżyć :) Dzięki uprzejmości kolegi mogłem nie tracąc miejscówki przejrzeć sobie zawartość sklepiku - koszulki za 90 złotych nawet fajne, bejsbolówki za 60 też ciekawe, płyty Porcupine Tree solo za 60, ale nie przyjechałem na koncert z myślą o obłowieniu się fantami. Ja wróciłem pod scenę, a kolega kupił sobie koszulkę :)
Punkt o 20:00 na scenę wyszły trzy osoby - wokalistka i gitarzystka Rose Kemp, która była supportem dla Jeżozwierzy, a pomagali jej perkusista i basista. Szczerze mówiąc muzykę grali dość męczącą, a zawodząca Rose wcale nie ułatwiała odbioru. Występowali około pół godziny, a jedynymi wartymi wzmianki informacjami mogą być chyba tylko pochwały dla polskiej publiczności jako najlepszej w Europie (albo tak jest rzeczywiście, albo wszyscy chcą się nam przypodobać, aby nasi organizatorzy więcej koncertów organizowali, a ludzie więcej biletów kupowali) oraz sposób gry basisty, który poruszał się jak zombie, a chwyty na basie łapał "od góry" - zamiast podtrzymywać gryf lewą ręką to łapał go jak... hmm... wiadro? Fajnie to w każdym razie wyglądało.

O 21:00 można było usłyszeć z głośników powitanie Stevena Wilsona na koncercie PT połączone z prośbą o nie nagrywanie ani nie robienie zdjęć zespołowi, bo to ich rozprasza. Jak się później okazało, ludzie nie posłuchali. Wcześniej zaś techniczni uporządkowali scenę, łącznie z jej dokładnym odkurzeniem - otrzymując nawet serię braw za tą czynność, jakże rzadko na koncertach wykonywaną ;)

Sam zespół wyszedł na scenę o 21:15. "Occam's Razor" i "Blind House". Później Steven przywitał się ładnie z Polakami, przypomniał, że jest tutaj z Jeżozwierzami przy okazji każdej trasy koncertowej, zapytał się, czy Wrocław się "Wrocław" wymawia - przytaknęliśmy, bo błędu nie popełnił. Dodał jeszcze, że pierwsza część koncertu będzie składać się z jednego utworu z jak najmniejszą ilością przerw. "The Incident" ciąg dalszy. Bardzo mi się podobało. Bardzo. "Drawing The Line" ze swoim refrenem i solówkami jest chyba najjaśniejszym punktem całego albumu, ka-pi-tal-nie zabrzmiał "Time Flies", a szczególnie podobała mi się mroczna, środkowa część. Przekonałem się w końcu do "Octane's Twisted" oraz będących jego rozwinięciem "The Seance" i "Circle of Manias". Prześlicznie wypadł też "I Drive the Hearse". Ten utwór zabrzmiał po krótkiej przerwie na brawa - cały "The Incident" zabrzmiał dokładnie jak na albumie z tylko dwiema przerwami w emisji dźwięku. Dopiero na koncercie zrozumiałem obecność kilku dziwnych wstawek, które, jak się okazało, służą gitarzystom do w miarę komfortowej zminay sprzętu. Ta część koncertu była na prawdę przepiękna, a "The Incident" na żywo według mnie zyskuje, w porównaniu do wersji studyjnej.

Następnie zespół poprosił o 10 minut przerwy, a na ekranie służącym do wyświetlania wizualizacji w trakcie gry pojawił się licznik dokładnie te 10 minut odmierzający. I gdy na zegarze pojawiły się same zera zespół już stał na scenie - co za punktualność. Druga godzina występu miała upłynąć na wielkich jeżozwierzowych hitach. Zaczęło się od "Start of Something Beautiful" z "Deadwinga". Ładny utwór i dobrze zabrzmiał na koncercie, ale nie należy do moich ulubionych. Później jeden z najlepszych momentów całego wieczoru - "Russia on Ice" - niestety był to najstarszy utwór, jaki dane było polakom usłyszeć i to tylko do połowy (choć mniej-więcej spodziewaną setlistę znałem śledząc postępy zespołu na trasie na setlist.fm ). W nagrodę zespół zaprezentował płynne przejście do środkowej części "Anesthetize". I tutaj szok - zdecydowanie najlepszy moment całego show. Kapitalne wykonanie jeszcze lepszego utworu. Świetnie, świetnie, świetnie. Trochę można ponarzekać na publiczność - jedni chcieli pogować, a inni stać i tylko machać głową, z czego tych drugich była przytłaczająca większość i dziwnie się patrzyli na tych pierwszych.
Później fragment drugiej płyty albumu "The Incident" w postaci najładniejszego utworu tam się znajdującego, czyli "Remember Me Lover". Wyszło bardzo ładnie. Następnie "Strip The Soul", który płynnie przeszedł w ".3". Nie jestem fanem albumu "In Absentia", ale przyjemnie się tych utworów słuchało. Na koniec bardzo ładnie brzmiące "Lazarus" i "Way Out of Here". Nie był to jednak koniec koncertu.
Na bis Steven i spółka zaprezentowali "Sound of Muzak" i "Trains". Nie szleję za tymi utworami, ale polska publiczność chyba tak. Przed rozpoczęciem bisów SW trochę żalił się, że "legenda płyty >>In Absentia<< trochę przewyższa jej sprzedaż, co średnio mi się podobało - wiadomo, że każdy artysta jest przeciwko piractwu, ale Stefan stał przecież w otoczeniu ludzi, którzy wydali ponad 100 złotych za możliwość oglądanie go przez 2 godziny... Trochę niesmaku, ale muzyka później była ładna. Struna tym razem nie pękła.

Koncert bardzo dobry - oczywiście każdemu nie dogodzi, więc na set ciężko narzekać. Ci, którzy lubią "In Absentia" na pewno są zadowoleni, ja wolałbym jednak usłyszeć coś ze starszych płyt zespołu. Niektórzy narzekali, że było za głośno - ja tego nie odczułem i według mnie głośność ustawiona była na bardzo dobrym poziomie. Dźwięki jakie do mnie docierały były czyste i z przyjemnością słuchało mi się występu Jeżozwierzy. Steven zapowiedział, że zobaczymy się "very, very soon" - trzymam za słowo :)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz