Druga część opisu remasterowanej edycji pierwszej płyty King Crimson "In the Court of the Crimson King". Dwie płyty wypełnione po brzegi - CD z nowym miksem klasycznego materiału oraz materiałem bonusowym i (po raz pierwszy) na DVD miks 5.1 całego albumu i kilka dodatków audio.
Od razu zaznaczam, że pierwsza płyta nie zrobiła na mnie piorunującego wrażenia i jeśli ktoś tylko dla jej zawartości miałby kupować to nietanie wydawnictwo, mając już wcześniejsze wydanie tej płyty na CD to uważam, że nie warto. Niby dostajemy kilka utworów dodatkowych, ale nie są to jakieś zapomniane utwory, tylko kompozycje znane z albumu, tyle, że przearanżowane.
Patrząc od końca: "Wind Session" to zapis sesji nagraniowej, podczas której powstał wstęp do "Schizofrenika" (te dziwne dźwięki na samym początku) - muzyki w tym mało, więcej rozmów między członkami zespołu. "Epitaph (backing track)" to wersja "Epitafium" bez wokalu i bez skrzypiec. O ile wersja instrumentalna, ale ze skrzypcami zadowalałaby mnie, tak tej wyraźnie czegoś brakuje. Dwie wersje "I Talk to the Wind" są fajne - "Duo Version" to taka trochę akustyczna, bardzo kameralna wersja tego utworu. Zdecydowanie inna od tej, którą wszyscy znamy. "Alternate mix" przez pierwsze pięć minut wydaje się wersją albumową, ale zakończona jest ka-pi-tal-nym gitarowym solo. Ostatnim "bonusem", umieszczonym na płycie zaraz po właściwej, albumowej, części jest "Full Version" utworu "Moonchild". Niech jednak to "full version" nikogo nie zszokuje - to jest dokładnie ta sama wersja, która wcześniej była znana jako "zwykły" Moonchild. Robert Fripp postanowił skrócić trochę ten utwór, a dokładniej improwizację - zamiast ponad 12 minut dostajemy niecałe 9. Aby nikomu przykro nie było, dobrze znana wersja "Moonchild" na płycie jest umieszczona właśnie jako pierwszy bonus.
Patrząc od końca: "Wind Session" to zapis sesji nagraniowej, podczas której powstał wstęp do "Schizofrenika" (te dziwne dźwięki na samym początku) - muzyki w tym mało, więcej rozmów między członkami zespołu. "Epitaph (backing track)" to wersja "Epitafium" bez wokalu i bez skrzypiec. O ile wersja instrumentalna, ale ze skrzypcami zadowalałaby mnie, tak tej wyraźnie czegoś brakuje. Dwie wersje "I Talk to the Wind" są fajne - "Duo Version" to taka trochę akustyczna, bardzo kameralna wersja tego utworu. Zdecydowanie inna od tej, którą wszyscy znamy. "Alternate mix" przez pierwsze pięć minut wydaje się wersją albumową, ale zakończona jest ka-pi-tal-nym gitarowym solo. Ostatnim "bonusem", umieszczonym na płycie zaraz po właściwej, albumowej, części jest "Full Version" utworu "Moonchild". Niech jednak to "full version" nikogo nie zszokuje - to jest dokładnie ta sama wersja, która wcześniej była znana jako "zwykły" Moonchild. Robert Fripp postanowił skrócić trochę ten utwór, a dokładniej improwizację - zamiast ponad 12 minut dostajemy niecałe 9. Aby nikomu przykro nie było, dobrze znana wersja "Moonchild" na płycie jest umieszczona właśnie jako pierwszy bonus.
No właśnie - skrócenie "Moonchild" może wydać się kontrowersyjne, ponieważ absolutu zmieniać nie należy ;), ale ja jakoś negatywnie tego nie oceniam. Może za mało znam ten utwór, ale nie jestem w stanie tak z pamięci stwierdzić czego w nowym miksie brakuje i które fragmenty zostały wycięte.
Nie potrafię też ocenić samego nowego miksu Stevena Wilsona - na pierwszy rzut ucha jakiś rewolucyjnych zmian nie słychać. Może niektóre efekty są głośniejsze, a może tylko mi się tak wydaje. Według mnie to dobrze, bo muzyka w ogóle się nie zestarzała i nie widzę sensu w poprawianiu jej w jakiś nachalny sposób. To co Steven Wilson zrobił, zrobił dobrze.
Teraz czas na opis płyty DVD.
Zaznaczę tylko na wstępie, że wersję DVD-Audio mogę odtworzyć tylko na komputerze, do którego mam podpięte takie głośniki, że z moim brakiem słuchu i tak różnicy nie zauważę. Jakości ścieżki bezstratnej oceniać więc nie będę.
Podczas pierwszego przesłuchania wersji 5.1 zaliczyłem opad szczęki. Ciężko słowami opisać to, co dzieje się podczas "21st Century Schizoid Man". Na przykład pojedyncze dźwięki gitary podczas zwrotek - każde uderzenie słychać w innym głośniku, po kolei, zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Piorunujące wrażenie. Każdy instrument ma swoje miejsce, można wychwycić każdy szczegół, każdy detal jest słyszalny.
Nawet małe szczególiki, które były obecne od 1969 roku, jak "wędrujący" z lewa na prawo dźwięk gitary w piątej minucie "Epitafium" znalazł swoje miejsce nie tylko w wersji stereofonicznej, ale także przestrzennej. Wrażenie robi równie wspaniałe, a na dobrą sprawę chyba nawet większe.
Do tej pory "A Night at the Opera" zespołu Queen była dla mnie ideałem, jeżeli chodzi o dźwięk przestrzenny i nie sądziłem, że jakakolwiek pozycja będzie w stanie się chociaż zbliżyć do tego poziomu. Okazało się, że Steven Wilson zrobił z "In the Court of the Crimson King" to, co Bob Ludwig z arcydziełem Queen, a nawet więcej. Debiut Karmazynowego Króla brzmi tak, jakby był od samego początku nagrywany z myślą o wersji przestrzennej. W moich oczach jest to materiał referencyjny jeżeli chodzi o separację kanałów oraz selektywność brzmienia.
O jakości dźwięku wypowiadał się nie będę - ja nie mam zastrzeżeń, ale czekam na relację kogoś, kto ma słuch i przyzwoity sprzęt.
Nowa edycja "In the Court of the Crimson King" nie jest pozycją obowiązkową dla każdego fana King Crimson. Kto nie ma w domu zestawu sześciu głośników, a ma już CD z tym materiałem nic szokującego na tym krążku nie znajdzie. Jest to jednak pozycja obowiązkowa dla każdego posiadacza kina domowego, nie tylko fana rocka progresywnego. Materiał na płycie DVD dostarcza wrażeń wartych każdych pieniędzy.
Co o samej muzyce? porusza tak samo, a może nawet bardziej, niż podczas pierwszego kontaktu z nią. I nie zestarzeje się chyba nigdy.
10/10.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz