wtorek, 6 października 2009

Czarne chmury nad Teatrem Snów?

W czerwcu swój najnowszy album wydała grupa Dream Theater. Jedenaste dzieło Amerykanów (licząc "A Change of Seasons") nosi nazwę Black Clouds & Silver Linings. Od premiery minęło już trochę czasu, więc mogę napisać recenzję na chłodno. Dla niecierpliwych mogę już na wstępie zaznaczyć: jest dobrze, ale nie rewelacyjnie.



Płyta zaczyna się bardzo mocnym i bardzo długim A Nightmare to Remember. Utwór ciekawy, skomplikowany, który wchodzi dość łatwo, ale według mnie przeładowany pomysłami - na dobrą sprawę można by, rozwijając poszczególne motywy, sklecić z niego całkiem niezłą płytę. Zamiast niej jest jednak dość chaotyczny utwór, ale jak już wcześniej napisałem, słucha się go dobrze. Taki współczesny Dream Theater z okolic Train of Thought. Jak na razie jedyna możliwość posłuchania rapującego Portnoya ;)
Drugi na liście jest singlowy A Rite of Passage. Według mnie jest to dziewięć minut, których na tej płycie być nie powinno. Kopia Constant Motion z poprzedniej płyty (też utworu singlowego, według mnie równie słabego). Piosenkowa struktura, średniej jakości solówki, z których Rudessowa w ogóle do mnie nie trafia. Jedyne, co może się podobać to niski głos Jamesa.
Na szczęście po tym potworku na płycie robi się już tylko lepiej. Następna na liście jest ballada Wither. Ładna, z fajną, ale dość krótką solówką Petrucciego. Nie mam nic do zarzucenia temu utworowi.  
The Shattered Fortress jest ostatnią częścią dzieła Mike'a Portnoya o chorobie alkoholowej. Jest to właściwie zlepek motywów, jakie pojawiały się przez wszystkie utwory z tej serii, od Glass Prison, aż po mówione fragmenty z Repentance. Podobno najlepiej słucha się utworów, które już znamy, ale akurat ten konkretny utwór nie rzucił mną o glebę. Jest fajnie, szczególnie za pierwszym razem, gdy po raz pierwszy wychwytuje się konkretne utwory wplecione w tą mozaikę, ale rewelacji nie ma. Oczywiście tekst, jak i solówki są nowe. Najlepszy jest finał (część XII: Responsible) - patetyczna, ale ładna, świetnie zaśpiewana.
The Best of Times bardzo przypomina mi Ministry of Lost Souls z poprzedniej płyty. Też jest to spokojny, długi, bardziej "progresywny" niż "metalowy" z długimi solówkami, z resztą chyba najlepszymi na płycie. Byłby to najlepszy utwór na płycie, gdyby nie...
The Count of Tuscany. Nie jest to utwór pozbawiony wad (instrumentalny początek mający niewiele wspólnego z resztą suity, podobnie wyciszony środek), ale według mnie wybija się ponad pozostałe. Ciekawa historia, świetne melodie, konkretne solówki, nawet nie przesycone popisami, a "grand finale" chyba najlepsze od czasów całego Scenes from Memory (Finaly Free będzie im bardzo ciężko przebić).

Podsumowując: kolejne 75 minut muzyki od Dream Theater. Płyta solidna, jednak raczej nie znajdzie miejsca na panteonie sław obok "Images and Words" czy "Scenes from Memory". Gdyby skrócić tą płytę do sześćdziesięciu kilku minut (wyrzucając A Rite of Passage i fragmenty The Count of Tuscany) byłby to bardzo dobry album, a tak jest tylko dobry.
Co ciekawe od Train of Thought (2003) nie nagrali utworu instrumentalnego. Chyba na tej płycie można by się o taki pokusić, wycinając początek Księcia Toskanii i po prostu robiąc z niego samodzielny utwór. Ale to tylko taka dygresja.

Odpowiadając na pytanie z tytułu - czarnych chmur nie ma, ale bezchmurnie też nie jest. Cle czy to zapowiedź nadchodzącej burzy, czy chmury zwiastujące piękną pogodę - na to trzeba poczekać do następnej płyty.
7.5/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz