niedziela, 14 lutego 2010

Niech będzie i o miłości…

okładka
Pierwsza ważna dla mnie premiera 2010 roku – nowy album fińskiej kapeli HIM. Może się to wydać dziwne, ale mało mnie interesuje, który zespół jest “tró”, a którego słuchać nie należy, bo nie.
Więc będzie recenzja płyty zespołu, o którym podobno nie wypada mówić w towarzystwie. But who fuckin’ cares… Frauen und Herren: “Screamworks: Love in Theory and Practice, Chapters 1-13”


Recenzja pisana jest oczami człowieka, który darzy zespół dość dużym szacunkiem i jest w stanie dużo wybaczyć. Oznacza to ni mniej ni więcej to, że jeżeli HIMa nie lubisz, to od tej płyty uciekaj jak najdalej, bo swego zdania nie zmienisz. Dla reszty krótki opis:
Jeżeli miałbym sklasyfikować ten album, to umieściłbym go w okolicach “Venus Doom”. Mam na myśli to, że nie jest to płyta zła. Dla mnie osobiście lepszym pomysłem byłoby pójście dalej w stronę muzyki granej na poprzednim albumie. najnowszy zawiera kilka utworów, które wpadają w ucho, jednak  do kanonu zespołu się raczej nie zapisze. Zespół wrócił do muzyki, jaką prezentował na “Dark Light”. Nie ma już ciężkich, długich utworów – gdy na “Venus Doom” utwory trwały po 5 minut, tutaj mamy 3-4 minutowe piosenki. Jest też bardziej popowo i przystępnie. Solówki gitarowe raczej krótkie, ale ważne, że są :) Trochę szkoda porzucenia cięższych brzmień…
Jest kilka dość fajnych utworów: “In Venere Veritas”, “Love, the Hardest Way”, “Like St. Valentine”, czy singlowy “Heartkiller”. Większość ma całkiem fajne, wpadające w ucho refreny. Problemem są klawisze, które w niektórych utworach brzmią trochę disco-polowo, szczególnie we wstępach do “Scared to Death”, czy “Acoustic Funeral (For Love in Limbo)". Ten pierwszy utwór jest szczególnie chwytliwy – już kilka razy po przesłuchaniu całej płyty właśnie ta piosenka zostawała mi w głowie na kilka godzin. Płytę kończy potworek o nazwie “The Foreboding Sense of Impending Happiness” – w zamierzeniu miało to być jakieś dark electro, czy coś w tym guście (jakieś sample, perkusja chyba z automatu), ale wyraźnie nie wyszło. W kilku utworach Ville śpiewa dość agresywnie, miejscami przechodząc nawet do krzyku (zagrywki podobne trochę do “Buried Alive by Love”) i całkiem fajnie to wychodzi, szczególnie w “In Venere Veritas”. To o czym śpiewa jest dla mnie mało ważne – liczą się dobre melodie, a emo-teksty raczej mnie nie o glebę nie rzucą, więc w słowa się nie wsłuchuję (refren “Heartkillera” nie wróży nic dobrego…).
Ville i spółka nagrali po prostu kolejny album – nie ma szoku jak przy “Venus Doom” – utwory są bardziej popowe, charakterystyczne dla wcześniejszych dokonań grupy, z okolic “Dark Light” i “Love Metal”, więc miłośnicy tych płyt zawiedzeni nie będą. Płyta raczej nowych fanów zespołowi nie przysporzy (podczas gdy taki “Venus Doom” mógł). Na koniec jeszcze raz wyrażę mój żal, że chłopaki nie nagrali “Venus Doom 2”.
Ocena: 6/10.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz