
Tym razem recenzja płyty. Kapela zowie się Riverside, a przedmiotem moich rozważań będzie ich ostatnie dzieło "Anno Domini High Definition", w skrócie "ADHD" (ciekawostka językowa nieprzypadkowa).
W 2007 roku Riverside wydali płytę "Rapid Eye Movement", którą zakończyli pewien okres swojej kariery. Album ten kończył trylogię "Reality Dream", która ciągnęła się za zespołem od początku jego wydawniczego istnienia. Z perspektywy czasu wydaje mi się, że tamta płyta jest dość średnia, a w odbiorze mogłaby być lepsza, gdyby nie przeciętne ballady upakowane hurtowo w drugiej części albumu. Gdyby powrzucać je pomiędzy początkowe utwory byłoby, według mnie, lepiej. Ale nie o R.E.M. (zbieżność z nazwą amerykańskiego zespołu przypadkowa) ma być tutaj mowa.
Po tej płycie Riverside zapowiedzieli, że następny album będzie inny, dzięki braku narzuconych (przez siebie samych) sztywnych ram trylogii. Co z tego wyszło? Czy rzeczywistość potwierdza zapowiedzi?
Ano wyszła kapitalna płyta. Boje się powiedzieć, że najlepsza, ale na prawdę bardzo dobra.
Przede wszystkim bardzo "żywa". Nie ma dłużyzn ani smęcenia. Jest za to konkretne rockowe granie, a nawet dwie stopy czasami się pojawiają. Jest to zdecydowanie najmocniejsza (w sensie brzmienia) płyta Polaków. Nie odwrócili się całkowicie od przeszłości - dalej jest to ten sam zespół i ciągle słychać charakterystyczne dla nich elementy.
Płyta jest krótka - 44:44. Niecałe trzy kwadranse muzyki, ale dzięki temu płytę łyka się w całości - od klawiszowego wstępu "Hypreractive" do ostatnich dźwięków "Hybrid Times". A o czym opowiada?
Teksty opowiadają o współczesnych ludziach i o tempie życia w dzisiejszych czasach. O braku czasu na zatrzymanie się na chwile. Jest na przykład utwór o yuppie. Mowa jest o świecie, gdzie wszyscy muszą biec, jakby mieli właśnie ADHD.
Muzyka jest na prawdę bardzo ciekawa. Hyperactive zaczyna się klawiszowym wstępem, który przechodzi w konkretne rockowe łojenie. Utwór ciężki, jak na Riverside'owe standardy. Kolejne wersy zwrotek śpiewane a'capella przekładane są bardzo mocnymi wstawkami. Gdy usłyszałem ten utwór pierwszy raz (na koncercie charytatywnym dla Covana z zespołu Decapitated) spowodował u mnie opad szczęki, bo Mariusz Duda i s-ka do tej pory w taki sposób nie grali. Ale wrażenie sprawia bardzo pozytywne.
Driven to Destruction jest chyba najsłabszym utworem na całej płycie. Nie mogę jednak powiedzieć, że jest to utwór słaby. Jest bardzo dobry, a na szczególne wyróżnienie zasługują solowe popisy Piotra Grudzińskiego na gitarze. Spokojniejsze zwrotki przywodzą na myśl "stare" Riverside.
Egoist Hedonist. Trzyczęściowy utwór, będący chyba kluczowym momentem całego albumu. Pierwsza część jest bardzo przystępna i z powodzeniem mogłaby wybrzmiewać w Radiu Zet czy innym eReMeFie. Niestety - środkowa partia pierwszej części chyba dyskwalifikuje ten utwór z tych rozgłośni. Środek zaczyna się gitarowo, jednak powoli przechodzi w stronę elektroniki ze świdrującym, powtarzanym jak mantra wersem "Just let me live without your pain", a część trzecia jest spokojna, a właściwie oniryczna (to słowo jednoznaczni mi się już kojarzy z Riverside po recenzjach R.E.M. ale zarówno w tamtych przypadkach jak i teraz chyba najlepiej oddaje to, co słychać), ale pod koniec wracają ostrzejsze gitary.
Left Out. Zaczyna się bardzo spokojnie. W zasadzie można by zaszufladkować ten utwór jako balladę, ale na takiej samej zasadzie, jak balladą jest "One" Metallicy - tylko do połowy :) Później chłopaki wracają do konkretnego grania. Co na prawdę urzeka tutaj, to kapitalny motyw gitarowy, który wraca co chwilę, a który od pierwszego przesłuchania zapada w pamięć. Rzecz kapitalna i chyba mój ulubiony utwór z ADHD.
Hybrid Times. Najdłuższy na płycie (co ciekawe, każdy utwór jest dłuższy od poprzedniego). Świetne melodie, wielokrotne zmiany tempa i nastroju - od "popowych" melodii po ekstremalnie brzmiące dwie stopy Mitloffa. Rock progresywny w najlepszym wydaniu.
Co ciekawe, jest to chyba najbardziej przystępna płyta Riverside w ich całej karierze. Od pierwszego przesłuchania mozna zakochać się w wielu dźwiękach i właściwie nie ma momentów, które chciałoby się ominąć. Nie ma dłużyzn, które zabijały we mnie radość obcowania z Rapid Eye Movement. Płyta wygląda tak, jkby wycięto z R.E.M. wsystko to, co tam było nie najlepsze, a to, co zostało jest na prawdę kapitalnie zrealizowane z ogromną ilością świeżych pomysłów.
Osobny akapit należy się samemu wydaniu tej płyty. W wersji specjalnej, kosztującej około 40 złotych w szerokim, złożonym na cztery części digipaku, schowanym na dokładkę w solidne etui można znaleźć dwie płyty. Jedna z nich to opisana wyżej płyta audio, a na drugiej znalazł się fragment koncertu zespołu z Amsterdamu z grudnia 2008. W całości można było go oglądać na stronie FabChannel, ale właściciele musieli zwinąć interes, bo wytwórnie płytowe zaczęły się dopominać o swoje. Co więcej - koncert Riverside był transmitowany na żywo w internecie. Rzecz solidnie wykonana, ale dość krótka - około godziny największych hitów zespołu.
Podsumowując - ADHD jest świetną płytą, jak na razie (początek września) jedną z lepszych, jaką w tym roku usłyszałem. Zespół odświeżył swoje brzmienie, formuła krótkiego albumu się sprawdziła. Całości słucha się wspaniale i nie ma się ochoty wyłączać odtwarzacza przed zatrzymaniem się płyty, a to chyba jest najważniejsze, aby słuchanie muzyki sprawiało przyjemność.
Ode mnie 9/10.
W 2007 roku Riverside wydali płytę "Rapid Eye Movement", którą zakończyli pewien okres swojej kariery. Album ten kończył trylogię "Reality Dream", która ciągnęła się za zespołem od początku jego wydawniczego istnienia. Z perspektywy czasu wydaje mi się, że tamta płyta jest dość średnia, a w odbiorze mogłaby być lepsza, gdyby nie przeciętne ballady upakowane hurtowo w drugiej części albumu. Gdyby powrzucać je pomiędzy początkowe utwory byłoby, według mnie, lepiej. Ale nie o R.E.M. (zbieżność z nazwą amerykańskiego zespołu przypadkowa) ma być tutaj mowa.
Po tej płycie Riverside zapowiedzieli, że następny album będzie inny, dzięki braku narzuconych (przez siebie samych) sztywnych ram trylogii. Co z tego wyszło? Czy rzeczywistość potwierdza zapowiedzi?
Ano wyszła kapitalna płyta. Boje się powiedzieć, że najlepsza, ale na prawdę bardzo dobra.
Przede wszystkim bardzo "żywa". Nie ma dłużyzn ani smęcenia. Jest za to konkretne rockowe granie, a nawet dwie stopy czasami się pojawiają. Jest to zdecydowanie najmocniejsza (w sensie brzmienia) płyta Polaków. Nie odwrócili się całkowicie od przeszłości - dalej jest to ten sam zespół i ciągle słychać charakterystyczne dla nich elementy.
Płyta jest krótka - 44:44. Niecałe trzy kwadranse muzyki, ale dzięki temu płytę łyka się w całości - od klawiszowego wstępu "Hypreractive" do ostatnich dźwięków "Hybrid Times". A o czym opowiada?
Teksty opowiadają o współczesnych ludziach i o tempie życia w dzisiejszych czasach. O braku czasu na zatrzymanie się na chwile. Jest na przykład utwór o yuppie. Mowa jest o świecie, gdzie wszyscy muszą biec, jakby mieli właśnie ADHD.
Muzyka jest na prawdę bardzo ciekawa. Hyperactive zaczyna się klawiszowym wstępem, który przechodzi w konkretne rockowe łojenie. Utwór ciężki, jak na Riverside'owe standardy. Kolejne wersy zwrotek śpiewane a'capella przekładane są bardzo mocnymi wstawkami. Gdy usłyszałem ten utwór pierwszy raz (na koncercie charytatywnym dla Covana z zespołu Decapitated) spowodował u mnie opad szczęki, bo Mariusz Duda i s-ka do tej pory w taki sposób nie grali. Ale wrażenie sprawia bardzo pozytywne.
Driven to Destruction jest chyba najsłabszym utworem na całej płycie. Nie mogę jednak powiedzieć, że jest to utwór słaby. Jest bardzo dobry, a na szczególne wyróżnienie zasługują solowe popisy Piotra Grudzińskiego na gitarze. Spokojniejsze zwrotki przywodzą na myśl "stare" Riverside.
Egoist Hedonist. Trzyczęściowy utwór, będący chyba kluczowym momentem całego albumu. Pierwsza część jest bardzo przystępna i z powodzeniem mogłaby wybrzmiewać w Radiu Zet czy innym eReMeFie. Niestety - środkowa partia pierwszej części chyba dyskwalifikuje ten utwór z tych rozgłośni. Środek zaczyna się gitarowo, jednak powoli przechodzi w stronę elektroniki ze świdrującym, powtarzanym jak mantra wersem "Just let me live without your pain", a część trzecia jest spokojna, a właściwie oniryczna (to słowo jednoznaczni mi się już kojarzy z Riverside po recenzjach R.E.M. ale zarówno w tamtych przypadkach jak i teraz chyba najlepiej oddaje to, co słychać), ale pod koniec wracają ostrzejsze gitary.
Left Out. Zaczyna się bardzo spokojnie. W zasadzie można by zaszufladkować ten utwór jako balladę, ale na takiej samej zasadzie, jak balladą jest "One" Metallicy - tylko do połowy :) Później chłopaki wracają do konkretnego grania. Co na prawdę urzeka tutaj, to kapitalny motyw gitarowy, który wraca co chwilę, a który od pierwszego przesłuchania zapada w pamięć. Rzecz kapitalna i chyba mój ulubiony utwór z ADHD.
Hybrid Times. Najdłuższy na płycie (co ciekawe, każdy utwór jest dłuższy od poprzedniego). Świetne melodie, wielokrotne zmiany tempa i nastroju - od "popowych" melodii po ekstremalnie brzmiące dwie stopy Mitloffa. Rock progresywny w najlepszym wydaniu.
Co ciekawe, jest to chyba najbardziej przystępna płyta Riverside w ich całej karierze. Od pierwszego przesłuchania mozna zakochać się w wielu dźwiękach i właściwie nie ma momentów, które chciałoby się ominąć. Nie ma dłużyzn, które zabijały we mnie radość obcowania z Rapid Eye Movement. Płyta wygląda tak, jkby wycięto z R.E.M. wsystko to, co tam było nie najlepsze, a to, co zostało jest na prawdę kapitalnie zrealizowane z ogromną ilością świeżych pomysłów.
Osobny akapit należy się samemu wydaniu tej płyty. W wersji specjalnej, kosztującej około 40 złotych w szerokim, złożonym na cztery części digipaku, schowanym na dokładkę w solidne etui można znaleźć dwie płyty. Jedna z nich to opisana wyżej płyta audio, a na drugiej znalazł się fragment koncertu zespołu z Amsterdamu z grudnia 2008. W całości można było go oglądać na stronie FabChannel, ale właściciele musieli zwinąć interes, bo wytwórnie płytowe zaczęły się dopominać o swoje. Co więcej - koncert Riverside był transmitowany na żywo w internecie. Rzecz solidnie wykonana, ale dość krótka - około godziny największych hitów zespołu.
Podsumowując - ADHD jest świetną płytą, jak na razie (początek września) jedną z lepszych, jaką w tym roku usłyszałem. Zespół odświeżył swoje brzmienie, formuła krótkiego albumu się sprawdziła. Całości słucha się wspaniale i nie ma się ochoty wyłączać odtwarzacza przed zatrzymaniem się płyty, a to chyba jest najważniejsze, aby słuchanie muzyki sprawiało przyjemność.
Ode mnie 9/10.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz