sobota, 8 sierpnia 2009

"A World in Red is Under Way"

Przybyłem, zobaczyłem, oniemiałem. Ale wszystko od początku.
Gdy LiveNation ogłosili ceny na koncert U2 w Chorzowie trochę mną telepnęło, bo drogo. Na szczęście udało się te dwie stówy wygospodarować i bilet jakimś cudem zamówić. Bez komplikacji, na płytę.

Teraz czas na podsumowania, czyli moją krótką i nieskładną recenzję tego, co zobaczyłem, usłyszałem i poczułem :) Po tak długim czasie od samego wydarzenia myślę, że uda mi się naskrobać co-nieco na chłodno, bez większych emocji (o ile takie coś jest w ogóle możliwe...).


Pod stadionem byłem 14:40 i ustawiłem się pod bramą numer 7, daaleko od bram. Dzięki dwóm fałszywym alarmom, polegającym na przejściu do przodu całej kolejki, udało mi się trochę ludzi wyprzedzić (wszystkich urażonych serdecznie przepraszam). Od 16:00 stanie w ciasnym tłumie, od 17:00 bycie miażdżonym z każdej strony nie było takie nieprzyjemne, jak mogłoby się wydawać. Ale sielanki nie było. Współczuję tylko Słowakom (Ukraińcom? - nie byłem w stanie po języku poznać, a piwo pili słowackie ;) ) z numerkami na rękach (które to numerki dostali Ci, którzy byli najwcześniej), którzy dziwnym trafem znaleźli się daleko od początku tłumu, nawet za mną. Z resztą - czas w kolejce umilali sobie śpiewając ludowe przyśpiewki i prosząc przez krótkofalówkę o piwo i wino.

W kieszeniach mogłem wziąć nawet pistolet, bo żaden z ochroniarzy nie zadał sobie trudu mnie obszukać. Na (ich) szczęście nic takiego nie miałem. Potem zejście tunelem i pierwszy szok. Wiedziałem, że scena jest duża. Ale wrażenie robi piorunujące dopiero na żywo i żadne zdjęcie nie jest w stanie oddać efektu, jaki wywołuje podczas wchodzenia na stadion. Obszedłem scenę szukając fajnej miejscówki, ale wróciłem się jeszcze na koronę stadionu w poszukiwaniu jak najkrótszej kolejki po napoje. Niestety, żadna mnie nie usatysfakcjonowała, więc dwa łyki lemoniady marki Tymbark o godzinie 15:00 miały być ostatnim płynem, jaki miałem przyjemność przyjąć, aż do po-koncercie. Duży błąd logistyczny. Wielbłąd można by rzec.
Ale nic - miejsce z boku sceny, za RED ZONE 1, w trzecim rzędzie zająłem i miałem kolejne półtorej godziny wolnego. Tym razem w towarzystwie Rosjan :) Na szczęście dało się usiąść, choć metalowe płyty przy dłuższym kontakcie z miejscem, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę potrafiły dać w kość.

19:30 - uruchamia się ekran i ukazują się na nim miasta, w których Snow Patrol gra z U2. Zastanawiałem się, czego tam nie ma Chorzowa, ale zaraz ukazało się "Now Snow Patrol Loves Chorzów". No to się zaczęło. Od "If There's A Rocket Tie Me To It". Dobry utwór. Co mnie zdziwiło - nie było złych utworów. Wszystko wpadało w ucho i do wszystkiego się klaskało. Mi się podobało. Z resztą - Garemu Lightbody'emu chyba też, bo takie coś naskrobał na oficjalnej stronie U2. Poza tym już w czasie koncertu zakomunikował, że to dla nich najlepszy występ na tej trasie (bardzo luźne tłumaczenie ;P ). Największe (dla mnie) hity zagrali - "Chasing Cars" było, "Crack the Shutters" też. Nie było "Take Back the City", ale można przeboleć. Występ zdecydowanie na plus. Chociaż jak już ktoś, gdzieś zdążył zauważyć - ile można śpiewać o oczach?

Później 45 minut czekania na gwiazdę wieczoru. Trybuny bawiły się w nieskończoną meksykańską falę, sektory się powoli zapełniały i o godzinie 20:50 nie było gdzie szpilki włożyć (nie licząc RED ZONE'ów, ale trudno się dziwić).
Punktualnie o 21:00 światła na stadionie zgasły i zaczęło się.

Najpierw intro, którego nie znałem. Po kilku minutach punktowy reflektor oświetla jakąś postać bieżącą na scenę. Laaaaaaryyyyy!
Breathe na początek. Po kilku taktach na perkusji pojawiają się wioślarze - Edge i Adam. Po następnych kilku sekundach na scenie komplet. Ze względu na zwrotki chyba w moim otoczeniu szału nie było. Podczas refrenu może trochę lepiej.
No Line on the Horizon. Dla mnie największe zaskoczenie in plus całego koncertu. Na płycie utwór kompletnie nie zrobił na mnie wrażenia. Nudy. Na koncercie coś niesamowitego. Tłum krzyczy razem z Bono cały tekst, zaśpiewki wychodzą przepięknie. Wersja koncertowa się delikatnie różni od studyjnej - zaraz przez pierwszą i ostatnią zwrotką jest wyciszenie. Dobry patent.
Magnificent zagrany razem ze wstępem. Myślałem, że wyjdzie lepiej, ale źle nie było. Tłum wrzeszczy - niesamowite wrażenie.
Get On Your Boots - ogień! Wszyscy skaczą, śpiewają. Utwór-killer.
Beautiful Day - zaśpiewany i przyjęty jakby był największym hitem zespołu. "Marsz Marsz Dąbrowski" wykrzyczane przez Bono - na stadionie usłyszałem tylko raz, dopiero słuchając bootlega okazało się, żę powtórzył dwa razy, ale raczej nie było mowy o odśpiewaniu hymnu :) Ale fajny polski motyw. Pierwszy.
Elevation. Wersja identyczna jak na płycie, czy teledysku z Angeliną. Miazga jeszcze większa niż podczas butów. No i publiczność chóralnie śpiewająca cały utwór. Coś wspaniałego, ale wyniszczającego (przypominam - siódma godzina bez jakiegokolwiek płynu w ustach).
New Year's Day. Czas wyciągania czerwonej koszulki z kieszeni i machania nią. Polecam spróbować potrzymać ręce w górze przez 5 minut :) Nie za bardzo pamiętam jak utwór został zagrany przez zespół, ale publiczność wykonała swoją rolę perfekcyjnie. No i biało-czerwona flaga na telebimie. I Claw w narodowych barwach. I oświetlone trybuny. (kliknij!) Chyba nie muszę mówić, że to najpiękniejszy moment koncertu?
I Still Haven't Found What I'm Looking For - pierwsza zwrotka i refretn odśpiewane tylko przez widzów. Zespół podziwiał, a według mnie było co, bo z mojej perspektywy brzmiało pięknie. Stand By Me jako snippet.
Stuck In A Moment You Can't Get Out Of - akustycznie, wraz z celebracją urodzin Edge'a. Wydaje mi się, że Sto Lat to wyszło piekielnie nierówno, ale co tam. Śnieżna kulka ze Stadionem Śląskim na scenie. KOlejny polski moment ze strony zespołu.
Unknown Caller - fajny pomysł z "karaoke" - na ekranie był tekst refrenu. Ale takiego chóru jak na początku już nie było. Z resztą - moje gardło zaczynało powoli strajkować.
The Unforgetable Fire. Ekran się rozsuną, a ja nie miałem już siły się wydzierać, a najlepsze killery przecież miały dopiero nadejść. Mruczałem więc tylko pod nosem. Bono przywitał się z wysokości mostka z kimś z publiczności.
City of Blinding Lights - jeden z tych utworów, które chciałem usłyszeć na żywo. Szkoda, że głos mi wysiadał, bo było pięknie :)
Vertigo - kolejny szał w mojej części płyty.
I'll go crazy... w wersji techno. Larry z djembe na wybiegu. Po mojej stronie nawet! :D Całkiem fajnie to brzmi, chociaż wolałbym wersję płytową, bo ładna jest.
Sunday Bloody Sunday - czemu tak późno? Ja już śpiewać nie mogę! Skakać z resztą też! ...
Pride - ... Ale "In the Name of Love!" jeszcze wykrzyczę. Dla tego utworu warto :)
MLK i można na chwilkę odetchnąć.
Walk On. Ładny utwór. Przed wejściem dawali maski z wizerunkiem birmańskiej przywódczyni, ale jakoś mało ich widziałem na twarzach ludzi obok mnie.
Chwila przerwy na przemówienie Desmonda Tutu na temat fundacji One, po czym...
Where the Streets Have No Name. I ten utwór powinien być grany na początku koncertu. Bo go szkoda. Większość ludzi jest już umordowana, a tutaj taki skoczny kawałek. Podczas przerwy gradło się zregenerowało.
ONE! gdyby nie moje myśli krążące wokół sklepiku z colą... Pięknie wyglądały włączone telefony przy całkowicie zgaszonych światłach :) Jak ja ym chciał jeszcze raz usłyszeć to na żywo...

przerwa, a po niej...

Ultraviolet. Bono w świecącej kurtce, która robiła niesamowite wrażenie w dymie. NO i podwieszony mikrofon, który pozwolił wokaliście wcielić się w Tarzana.
With or Without You - WOOODYY! Ale sam utwór, jak wiadomo nie od dziś, piękny. Ale ja myślałem tylko o końcu koncertu (HERETIC!!!!).
Moment of Surrender na koniec, zespół dziękuje, kłania się i schodzi. Światła się zapalają, a ja biegnę do sklepiku po jakikolwiek płyn.

Tyle (i tak przydługo) o utworach. Sama setlista może budzić kontrowersje, bo aż cztery utwory z "All That You Can't Leave Behind", co nie wszystkim się pewnie podoba, nie było Desire ani Angel of Harlem, a o Electrical Storm czy Stay można było zapomnieć. ALe setlista była tak pode mnie chyba. Utwory, które znam najlepiej, te, dzięki którym poznałem U2, te, dzięki którym U2 stali się jednym z moich ulubionych zespołów.
Wieke nawiązań do Polski (pal licho pytanie "Jak się bawicie". Marsz, Marsz Dąbrowski! oraz "polish-irish connection" to jest to!

W zasadzie czytając ten monstrualnej długości wpis mozna usnąć z nudów, ale wierzcie mi - takiego spektaklu jeszcze nie widziałem. Coś absolutnie nie-sa-mo-wi-te-go!

P.S. Podejrzewam, że w między czasie ten wpis kilkakrotnie zmieni swój wygląd :P


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz